Nie aplikowałam. I pierwszy raz poczułam, że wygrałam.

utworzone przez | Bez kategorii | 0 komentarzy

spokoj nas ratuje.
prelekcja

Znasz ten moment, kiedy czytasz job description i myślisz:

„Ta oferta jest szyta na mnie”.

Pasuje lepiej niż suknia ślubna po trzech przymiarkach i dwóch korektach.

No to usiądź. Z filiżanką dobrej kawy, jak na jesieniarę przystało. Bo… ja też tak miałam.

Cóz. Może nawet kilka razy.

I jakie było moje rozczarowanie, kiedy HR nawet nie wzięło mnie pod uwagę.

Albo kiedy dostałam odmowę z powodu „słabego angielskiego”, mimo że rekruterka sama tym angielskim specjalnie nie władała.

Bywa i tak.

Raz usłyszałam nawet:

„Nie, bo tak się złożyło”.

Cóż za korporacyjny paradoks.

Szkolenia z komunikacji.
Rozwoju osobistego.
Leadershipu.
Feedbacku.

A potem odpowiedź na poziomie:

„Nie, bo nie”.

Ale tym razem było inaczej.

Znalazłam ofertę, w której… właściwie nic mi nie pasowało.

A może lepiej powiedzieć: to ja nie pasowałam do niej.

Nie spełniałam chyba żadnego z warunków.

A jednak miałam poczucie, jakby ktoś napisał ją właśnie o mnie.

I wtedy zrozumiałam, że jest ogromna różnica między tym, co czujemy, a tym, jaka jest rzeczywistość.

Postanowiłam więc podejść do tego inaczej.

W domu nie rozmawialiśmy o wynagrodzeniu, benefitach ani czasie pracy.

Pierwsze pytanie, które usłyszałam po opowiedzeniu całej historii, brzmiało:

„Jak długo jeszcze będziesz uciekać od siebie?”

A potem:

„Na pewno tego potrzebujesz, żeby się rozwijać?”

W mojej głowie wszystko krzyczało:

TAK!

Moje myśli były głośniejsze niż fanki na koncercie Shakiry w Madrycie.

Bo przecież…

Książka się pisze.
Premiera 2026. No… może 2027, bo mam jeszcze tyle podrozdziałów, że sama zaczynam się zastanawiać, kiedy właściwie zamierzam ją skończyć.

Karty są już prawie gotowe.

Umowa z firmą transportową w toku.

Umowy przedwstępne dotyczące finansowania sklepu internetowego są podpisane.

Czekam na finalną wycenę druku.

I nagle…

obudziła się moja ambicja.

Moje małe ego, które bardzo chętnie znalazłoby kolejną wymówkę.

„Los daje Ci szansę”.

„Przecież samo wysłanie CV do niczego Cię nie zobowiązuje”.

„Spróbuj”.

Więc spróbowałam.

Napisałam CV.

Napisałam list motywacyjny.

Zapisałam wszystko w PDF.

Byłam gotowa wysłać.

I właśnie wtedy coś się we mnie zatrzymało.

Zrozumiałam, że tym razem nie chodzi o czyjąś decyzję.

Chodzi o moją.

Ile razy jeszcze będę się rozmieniac na drobne?

Ile razy będę priorytetyzować swoje braki zamiast swoich mocnych stron?

Ile razy będę szukać zmiany na zewnątrz, zamiast zbudować ją od środka?

Ile razy będę czekać, aż ktoś inny powie mi:

„Tak. Nadajesz się”.

Tym razem, z pełną świadomością, nie zaaplikowałam.

Nie dlatego, że ta oferta nie była dla mnie.

Nie dlatego, że się bałam.

Nie dlatego, że uznałam się za niewystarczającą.

Dlatego, że przyszedł czas, żeby priorytetem stać się dla samej siebie.

Wziąć odpowiedzialność za własne projekty.

Przestać żyć planem B.

I zacząć budować życie, w którym plan B staje się planem A.

Ale to może się wydarzyć tylko wtedy, kiedy podejmiesz świadomą decyzję.

I wtedy przyszedł spokój.

Taki prawdziwy.

Bez fajerwerków.

Bez wielkich deklaracji.

Po prostu… spokój.

Miłość bezwarunkowa.

I ten przysłowiowy święty spokój.

Nigdy wcześniej nie czułam go tak wyraźnie.

Czy moje projekty będą sukcesem?

Dla mnie — bez wątpienia.

I właśnie to jest najważniejsze.

Bo chyba po raz pierwszy naprawdę przestałam szukać swojego odbicia w czyichś oczach.

Myślałam, że zrobiłam to już jakiś czas temu.

Ale życie lubi sprawdzać, czy naprawdę wierzysz w to, co o sobie mówisz.

I chyba właśnie to doświadczenie sprawiło, że poczułam:

To już.

Nie potrzebuję kolejnego potwierdzenia z zewnątrz.

Potrzebuję zaufać temu, co buduję.

A Ty?

Też już kiedyś miałaś taki moment, kiedy największą zmianą zawodową okazało się… nie aplikować?

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *