Korporacja nauczyła mnie planować. Rozwój osobisty nauczył mnie, że nie wszystko da się zaplanować.

utworzone przez | Bez kategorii | 0 komentarzy

Lubię swoją wielozadaniowość.

Lubię pracować dla efektu. Nie potrzebuję pochwał, chociaż — nie będę udawać — kiedy ktoś zauważa rezultat mojej pracy, jest mi po prostu miło. A kiedy potrafi go jeszcze docenić? Miód na moje skołatane serce.

Korporacja nauczyła mnie łączyć kropki. Planować. Dowodzić projektami. Osiągać wyniki.

Nauczyła mnie, że cel trzeba mieć przed oczami, a drogę najlepiej rozpisać na kroki.

Tyle że życie bardzo szybko dopisało do tego własny rozdział.

Nauczyło mnie elastyczności.
Niebrania wszystkiego personalnie.
I — przede wszystkim — spokoju.

Nie mam wątpliwości, że korporacja może być świetną przestrzenią rozwoju. Dla niektórych jest wręcz trampoliną.

Tylko trzeba wiedzieć, po co na nią wchodzimy.

Bo można też skakać.

Z jednej na drugą.

Latami.

Z dziecięcą wiarą, że skoro następna trampolina jest wyżej, to właśnie tam czeka odpowiedź.

Przez lata pracy spotkałam ludzi z różnych kultur, charakterów i światów. I nauczyłam się rozpoznawać emocje, zanim jeszcze ktoś je nazwał.

Tak, strach ma zapach.

Bezradność też.

I uwierzcie mi — na jedno i drugie nie pomoże ani najlepszy antyperspirant, ani najdroższe perfumy.

Chociaż nie ukrywam — wielu próbowało.

Ja długo szukałam spokoju.

Na zewnątrz.

W pracy.
W wynikach.
W planach.
W poczuciu kontroli.

Aż pewnego dnia wydarzyło się coś bardzo niepozornego.

Po ciężkim dniu pracy wyjeżdżałam z parkingu podziemnego.

Skołatane nerwy. Mętlik w głowie.

Odbijam kartę na wyjeździe i myślę:

„Boże, jak ja bym chciała za chwilę mieć święty spokój. W domu. Na kanapie. Z kubkiem herbaty.”

Już widziałam tę scenę.

Kanapa. Herbata. Cisza.

Tak, mnie też kiedyś sztuka manifestowania weszła za głęboko.

Nie polecam.

Ale wiem już, że nawet takie historie są po coś.

Wyjechałam z parkingu i zatrzymałam się na STOP-ie.

Ktoś chciał wjechać. Stałam w takim miejscu, że pomyślałam:

„Nie mieści się. Mi się przecież nie spieszy.”

Spojrzałam w lusterko.

Pusto.

No to… wsteczny.

I wtedy zobaczyłam dziwną minę kierowcy samochodu za mną.

Usłyszałam charakterystyczne:

klik… klik… klik…

BUM.

W coś walnęłam.

Tylko że…

Przecież za mną nic nie było.

Spojrzałam jeszcze raz w lusterko.

Pusto.

Paranoja.

Spojrzałam w boczne.

Samochód.

No i nie ma co filozofować.

Wysiadamy.

Papiery.

Oświadczenie.

Numery telefonów.

Ponieważ pracowaliśmy w tym samym budynku, umówiliśmy się, że następnego dnia przyniosę wypełnione dokumenty.

Wracałam do domu z jedną myślą:

Moja życiowa porażka.

Przestałam być perfekcyjna.

Zrobiłam coś źle.

Jak ja się wtedy w myślach pogrążałam…

Następnego dnia przyniosłam dokumenty.

Mężczyzna powiedział mi, że opowiedział już o wszystkim w pracy. Jego przełożony kazał mu najpierw umyć samochód, a dopiero później zrobić zdjęcia szkód.

Poprosił mnie, żebym poczekała jeszcze jeden dzień.

Następnego dnia spotkaliśmy się ponownie.

I wtedy, na moich oczach, podarł dokumenty.

Powiedział:

„Nie ma ani jednego śladu szkody.”

Jakby tej stłuczki nigdy nie było.

Podziękował mi i życzył miłego dnia.

A ja stałam i przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć.

Bo nagle zrozumiałam coś, czego nie nauczyła mnie żadna książka o rozwoju osobistym.

Spokój nie przychodzi z zewnątrz.

Nie daje go idealny plan.

Nie daje go kontrola.

Nie daje go perfekcyjne wykonanie.

Nie daje go nawet świadomość, że „zrobiłam wszystko, jak należy”.

Spokój wychodzi ze środka.

I chyba właśnie dlatego przestałam go prosić.

Także Boga.

Kiedyś prosiłam o „święty spokój”.

Dzisiaj proszę raczej o siłę, żeby zachować go wtedy, kiedy życie po raz kolejny zrobi coś zupełnie niezgodnego z moim planem.

Bo rozwój osobisty?

On wcale nie jest standardowy.

Nie ma jednej instrukcji obsługi.

Każdy ma swój rytm.

Swoje tempo.

Swoje lekcje.

Swoje samochody, których czasem nie widzi w lusterku.

I swoje STOP-y.

Możemy przeczytać tysiące książek, odbyć setki szkoleń, zrobić dziesiątki kursów.

Możemy opowiadać innym, jak żyć.

Ale ostatecznie każdy z nas jest trochę samoukiem.

Mogę stanąć na głowie, żeby ustrzec kogoś przed własnymi błędami.

Nie ustrzegę.

Mogę tylko opowiedzieć swoją historię.

I może właśnie to jest jedna z najbardziej dorosłych rzeczy, jakich nauczyło mnie życie:

Nie wszystko muszę kontrolować.
Nie wszystko muszę naprawić.
Nie wszystko musi pójść zgodnie z planem.

Czasem wystarczy wysiąść z samochodu, spojrzeć na sytuację z drugiej strony…

i pozwolić komuś podrzeć dokumenty.

A potem po prostu wrócić do domu.

Na kanapę.

Z kubkiem herbaty.

W świętym spokoju.

świety spokój
msza

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *